takeyoutrip największe wyjazdowe wpadki

Największe wyjazdowe wpadki

Każdy komu zdarzyło się wyjechać na wyjazd zorganizowany samodzielne ma na koncie jakieś wyjazdowe wpadki. Jeśli ktoś próbuje wmówić wam coś innego – nie wierzcie mu! Bez tego się nie da nabrać wprawy. To trochę tak jak z upadaniem na nartach – bez kilku solidnych nurkowań w śniegu nie nauczymy się bezpiecznie jeździć.
Nie inaczej było u nas. W miesiącu podsumowań podzielę się z wami kilkoma największymi wpadkami, które zaliczyłam przy planowaniu wymarzonych wakacji.
Zdziwieni? Tak, tak mamy tych wpadek na koncie całkiem sporo 😉

Życzę wam, żebyście uczyli się na cudzych błędach i wszystkie planowane wakacje wspominali jako idealne. Powiem wam jednak w sekrecie, że nie ma lepszych wspomnień jak te dotyczące wyjazdowych wpadek 😉

Zaczynamy?

Największe wyjazdowe wpadki: noclegi

Moja wrodzona oszczędność nie raz zaprowadziła nas w ciemne zaułki, totalne zadupia, w rajskie okolice z których na szybko przed naszym przyjazdem znikały wszystkie rajskie atrybuty, a luksusy okazywały się kompletnym nieporozumieniem.
Wielokrotnie widziałam w oczach Piotrka totalne rozczarowanie ale i nie raz kompletnie niezrozumienie mojego pierwotnego zachwytu nad miejscem. Oba spojrzenia widziałam w przypadku nietrafionego noclegu tylko raz. Jest to do dzisiaj nasza rodzinna anegdota i stała się zamiennikiem wszelkich określeń kiepskiej jakości.
A co to za wyjątkowe miejsce? To nic innego jak Fantastyczna Residence le Capitaine na Mauritiusie 🙂
Do dziś gdy myślę o tym miejscu to przed oczami mam nas w strugach nieustającego od 2 dni deszczu na naszych rajskich wakacjach, zabłoconą podłogę przez naszą średnio sympatyczną rezydentkę rezydencji, miliony mrówek, śmierdzącą moskitierę, łazienkę bez wody i paradujące dumnie karaluchy. Rzut beretem od stolicy okazał się 5 kilometrowym odcinkiem trudnym do przejścia ze względu na brak pobocza, a rajska plaża obok to całkiem przyzwoita ale średnio rajska plaża za wysypiskiem 😉 W okolicy nie było żadnego sklepu ani tym bardziej knajpy.

Królewska Rezydencja na Mauritiusie

W Residence le Capitaine spędziliśmy 3 noclegi. Czemu tak długo? W zasadzie trudno stwierdzić. Wbrew pozorom mieszkanie tam miało też sporo plusów. Miejsce to zlokalizowane było w kompletnie nieturystycznej okolicy. Mieliśmy okazję mieszkać wśród lokalnej ludności, jeździć autobusami jak każdy i jeść niesamowite przysmaki z przydrożnych food trucków. Dzięki bliskości stolicy zwiedziliśmy ją dokładnie, mieliśmy też szansę zwiedzić sporo miejsc autobusem, co byłoby trudne z miejsca w którym spędzaliśmy resztę wyjazdu.
Czemu zarezerwowałam właśnie ten nocleg? Oczywiście ze względu na cenę. Za nocleg płaciliśmy 30 złotych za cały apartament! Zaoszczędzone przez 3 noce pieniądze przydały nam się przy wynajmowaniu samochodu.

Residence le Capitaine to był zdecydowanie najsłabszy punkt tego wyjazdu ale gdy po 3 dniach wyszło słońce i nie opuściło nas przez następne 2 tygodnie, gdy wynajęliśmy inne mieszkanie w nieco bardziej turystycznym miejscu i usiedliśmy na tarasie z widokiem na ocean to luksusową rezydencję wspominaliśmy ze śmiechem. Do dzisiaj, a upłynęło sporo lat wspominamy nasze pierwsze dni na Mauritiusie anegdotycznie i wcale nie żałuję tego doświadczenia.
A co mnie zaskoczyło najbardziej? Residence Le Capitaine miało i ma wspaniałe opinie w internecie – pojęcia nie mam do dziś jak to możliwe 😉

Największe wyjazdowe wpadki: samochód

Wynajem samochodu to moja największa pięta achillesowa. Za każdym razem (a samochód wypożyczamy w zasadzie na każdym wyjeździe) gdy przychodzi do odbierania lub oddawania samochodu dzieje się jakaś magiczna katastrofa. Największy szok przeżyliśmy w Hiszpanii.
Wynajęliśmy samochód w jednej z popularnych, hiszpańskich wypożyczalni na Barcelońskim lotnisku. Hotel zarezerwowaliśmy na cały pobyt i był na nasze nieszczęście oddalony od lotniska o ponad 130 km. Przylatywaliśmy po 23 ale zapewniono nas, że samochód będzie na nas czekał. Przylecieliśmy ze sporym opóźnieniem w zestawie: My dorośli i nasze dzieciaki: 11 miesięczny Wojtek i 4 letnia Zosia. Po odebraniu bagażu na pewniaka poszliśmy szukać naszego samochodu. Niestety poszukiwania okazały się fiaskiem. Dzwonienie do wypożyczalni również nie miało sensu – nikt nie odbierał. Powoli zaczęliśmy się godzić z myślą, że będzie trzeba uruchomić plan awaryjny. Pierwszy nasz pomysł był niezwykle błyskotliwy: nocleg w okolicy lotniska. Szybki research w internecie nas załamał. W dniu w którym przylatywaliśmy do Hiszpanii odbywał się finał piłkarskiej Ligii Mistrzów i chociaż mecz nie odbywał się w Hiszpanii to w finale walczyła właśnie Barcelona. Miasto liczyło na wygraną i planowało wielką fetę więc wszystkie hotele były pełne. Drugim, desperackim pomysłem było wynajęcie samochodu z Avis na lotnisku )jedynie oni jeszcze pracowali). Cena zwaliła nas z nóg: 145 euro za dobę 😉 Po kilku rzęsistych bluzgach pogodziliśmy się z zastaną rzeczywistością: bardzo chłodna noc na lotnisku z dwójką dzieci. Nie taki był plan ale musieliśmy stawić temu czoła. na lotnisku nocowało sporo osób i najlepsze, osłonięte od nawiewu miejsca były dawno zajęte, a większość koczowników miała śpiwory. My na szczęście mieliśmy bluzy i swetry, koc piknikowy i 2 ręczniki plażowe 😉 Największym zaskoczeniem dla nas była idealna adaptacja naszych dzieci do warunków. Spały świetnie. My pomimo początkowych obiekcji również poszliśmy spać. Przypomniały mi się dawne czasy sprzed dzieci 😉

Następnego dnia wyspany Pan z wypożyczalni uginając się w pół i przepraszając najmocniej wypożyczył nam samochód. To doświadczenie nauczyło nas, żeby w przypadku wczesnego zamykania wypożyczalni warto, a nawet trzeba na bieżąco potwierdzać, że samochód będzie na nas czekał.

takeyourtrip największe wyjazdowe wpadki granica

Z racji mojego uwielbienia dla wschodu bliższego i dalszego najwięcej wpadek w naszej podróżniczej karierze dotyczyło problemów na przejściach granicznych. Podróżując po Europie przyzwyczajamy się do bezproblemowego przekraczania granic. Nie raz już uśpiło to skutecznie moją czujność.
2 największe wpadki zanotowaliśmy całkiem niedawno.
Pierwsza z nich miała miejsce w drodze z Dubaju do Omanu. Wynajmując samochód przygotowaliśmy się bardzo skrupulatnie wiedząc jak bardzo drobiazgowi potrafią być urzędnicy w tamtym rejonie. Byliśmy pewni, że nic nas nie zaskoczy i dojedziemy do naszego hotelu o którym więcej napisałam >>>TUTAJ<<< o 14. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę kilku ważnych rzeczy: w dniu naszego planowanego wjazdu do Omanu było wielkie święto w Emiratach i dzień wolny. Na przejściu wyjazdowym zaskoczył nas dziki tłum.
Przejście graniczne nr 1 zaskoczyło nas podwójnie. Dzień przed naszym przyjazdem zmieniło status z przejścia dla wszystkich na przejście tylko dla obywateli ZEA i Omanu. Na nic się zdało tłumaczenie urzędnikom, że jechanie do następnego to nadrabianie ponad 100 km. Musieliśmy dam za wygraną. Nie był to jednak koniec przygód. Kolejne przejście, tym razem międzynarodowe i w w pełni sprawne przygnębiło nas po raz kolejny. Okazało się, że system komputerowy przestał działać i zaplanowano, że zacznie działać o 18. Byliśmy głodni, zmęczeni i zniechęceni. dzieci miały szczerze dość. O 18:30 udało nam się wjechać do Omanu. Do hotelu dotarliśmy po 21. Warto wspomnieć, że cala podróż zajęła nam 12 godzin, a mieliśmy do pokonania niecałe 400 km 😉 A drogi w Omanie są bardzo dobre.

Ukraina niezdobyta

Nasza druga, nie wiem czy nie większa wpadka miała miejsce w 2016 roku. Mając w planie relaks w bieszczadzkim Arłamowie postanowiliśmy pojechać do Lwowa. Odległość: 128 km wydawała nam się drobiazgiem. Przygotowaliśmy się na ponad godzinne oczekiwanie na przejściu. Jeszcze w domu zorganizowaliśmy mnóstwo dokumentów dotyczących samochodu, zaplanowaliśmy wszystko skrupulatnie, zarezerwowaliśmy hotel. Po odczekaniu godziny na przejściu przyszła nasza kolej. Celnik najpierw kazał nam podjechać i nagle zmienił zdanie. Po kilkunastu minutach oczekiwania podszedł do nas i oznajmił, że samochód przed nami był ostatnim który mógł przejechać, przed planowanym updatem systemu komputerowego i co ważne system oczywiście będzie działał jeszcze dziś ale najwcześniej o 15 ale zazwyczaj zaczyna działać o 18 ( a była godzina 11). W środku mroźnej zimy musieliśmy dać za wygraną. Nie mieliśmy prowiantu. Po perturbacjach z przejściem w Omanie uznaliśmy, że to znak i daliśmy sobie spokój. Na Ukrainę wybieramy się za kilka miesięcy – zobaczymy, czy wtedy nie spotka nas kolejna niespodzianka.

Wisienka na torcie – psikusy pogody

Największe wyjazdowe wpadki nie koniecznie muszą być czyjąś winą.
Gdy planuję wyjazdy staram się uczyć na błędach i wdrażać wszelkie możliwe ulepszenia. Za każdym razem myślę, że już nic mnie nie zaskoczy, że przewidziałam wszystkie ewentualne przeciwności losu i biurokratyczne meandry. Pewnych rzeczy jednak nie da się przewidzieć. Najczęściej zaskakuje nas pogoda. Planując dalekie wojaże staram się brać pod uwagę zarówno wszelkie cyklony i monsuny ale i mieć pojęcie gdzie może mnie spotkać wybuch wulkanu czy trzęsienie ziemi. Pogoda lubi sobie jednak ze mnie zadrwić, a i ja kilkakrotnie wykazałam się sporą niefrasobliwością. Największym szokiem dla mojego organizmu był ogromny sztorm na Oceanie podczas zimowej przeprawy z Nowego Jorku na Dominikanę. Pozornie wspaniała podróż ogromnym wycieczkowcem mającym potężne stabilizatory pokazała nam jak mali jesteśmy wobec żywiołu. Niesamowite bujanie w kajucie, kompletnie oszalały błędnik i widok niesamowitych, wysokich na prawie 14 metrów fal zostanie mi w pamięci na zawsze. Po 72 godzinach na statku przez kilka godzin na wyspie chodziliśmy jak pijani.

Tropikalne ulewy? Wyobraź to sobie

Nasze drugie, największe zdziwienie pogodowe spotkało nas podczas wyjazdu na rajski Mauritius. Jeszcze w Polsce sprawdzaliśmy pogodę i mieliśmy mgliste wyobrażenie o tym jaka jest pogoda na miejscu. Wiedzieliśmy, że spóźniony cyklon szaleje w okolicy. Kompletnie jednak nie wyobrażaliśmy sobie skali zjawiska 😉 ściana deszczu i ogromny wiatr, które towarzyszy nam podczas pobytu w naszej wspomnianej wyżej wspaniałej i luksusowej rezydencji przez 3 dni mocno nas podłamały. Po pierwszym dniu cała ulica przy której mieszkaliśmy stała się wielkim, głębokim do połowy łydki jeziorem. Natychmiast zaczęły się w niej wykluwać żaby. Po 3 dniach ulewy zrozumieliśmy dlaczego wszyscy mieszkańcy chodzą w japonkach. Woda sięgała do kolan i kompletnie bez sensu było noszenie czegokolwiek innego.

 

Podsumowanie:

Gdybym miała opisać wszystkie anomalie pogodowe które mi towarzyszyły podczas podróży to zabrakło by mi tchu. Burze piaskowe nad pustynią Gobi, Ulewy na Bali, sztormy w południowej Europie i słynne pożary w Grecji w 2000 roku.

Czy wpadki i podróżnicze zaskoczenia mnie czegoś nauczyły? Z pewnością. Dały mi też lekcję ogromnej pokory wobec zmienności i dzikości natury.
Największą nauką jaką wyniosłam staram się wdrażać również w życiu tu na miejscu. Gdy przytrafia mi się coś zaskakującego to staram się myśleć pozytywnie i pamiętać, że po każdym złym dniu przychodzi następny, zazwyczaj lepszy. Jeśli człowiek jest wyspany to problemy stają się znacznie mniejsze. Roztrząsanie problemu wieczorem nie ma sensu. Lepiej przeczekać do rana.

A wy? Jesteście nieomylni czy zdarzają wam się wyjazdowe wpadki?
Podzielicie się w komentarzach 🙂

Dodaj komentarz