Singapur Gardens by the bay

Singapur – fakty i mity

Singapur był naszym celem od samego początku. Podczas wcześniejszych wyjazdów do Azji za każdym razem był poza szlakiem. Patrząc na mapę łatwo zorientować się dlaczego. Zlokalizowany na samym końcu półwyspu malajskiego rzadko bywa po drodze do innych azjatyckich krajów, sam w sobie jest według obiegowej opinii znacznie droższy niż sąsiedzi i teoretycznie nie ma do zaoferowania tego co Tajlandia czy Filipiny: pięknych plaż i dzikiej przyrody – w końcu to wielki moloch z wieżowcami.

Planowanie

Gdy postanowiliśmy odwiedzić Malezję, o której pisałam więcej >>>TUTAJ<<< i >>>TUTAJ<<< zaświtało nam w głowie, że o to nadarza się niepowtarzalna okazja spędzenia kilku dni w Singapurze. Kupiliśmy bilet w jedną stronę i rozpoczęliśmy planowanie.
O mały włos stalibyśmy się ofiarami przeświadczenia, że skoro to tak nie po drodze to może jednak nie warto. Kilka razy zadawaliśmy sobie pytanie czy nie lepiej polecieć z Malezji do Tajlandii lub ukochanej Indonezji. Na szczęście wrodzone lenistwo połączone z nadmierną oszczędnością sprawiły, że pod koniec kwietnia wylądowaliśmy w Singapurze. W dzisiejszym tekście przeczytacie o naszych wrażeniach z pobytu w kraju lwa, odkryjecie czemu przedłużyliśmy pobyt kosztem innych zaplanowanych atrakcji i obalimy kilka mitów dotyczących tego niezwykłego miejsca.

Singapur – pierwsze wrażenie

Przelot z malezyjskiej wyspy Penang do Singapuru trwał niecałe 1,5 godziny. Widoki z okien samolotu zasłaniały gęste chmury, a gdzieniegdzie widzieliśmy burzowe rozbłyski. Krążyliśmy nad lotniskiem 45 minut z prozaicznych przyczyn – lotnisko jest ogromne i niebywale zatłoczone. Gdy udało nam się wreszcie wylądować nad Singapurem szalała solidna burza. Nie byliśmy zaskoczeni – w końcu kwiecień i maj to już czas sporych upałów i dużych opadów w tym rejonie.

Nasz hotel zapewniał darmowy transfer z lotniska więc nie musieliśmy się martwić podróżowaniem w taką pogodę. Po 20 minutach byliśmy w hotelu. Co nas zaskoczyło po drodze? Rozmiar 😉 Czuliśmy się jak w Dubaju. Wyglądający na mały punkcik na mapie w rzeczywistości Singapur okazał się wielką metropolią.

Mając już za sobą kilka dni spędzonych na malezyjskim Penangu, w Singapurze nie spodziewaliśmy się zaskakujących różnić w temperaturze. I tutaj niespodzianka: Upał, wilgotność, ciężar powietrza był dojmujący. W Singapurze powietrze wręcz oblepiało, czuliśmy się jak w saunie, a deszcz wbrew pozorom jeszcze potęgował to odczucie. Przypomniało mi się od razu jak w 2007 roku wybrałam się w sierpniu do Chin (moje wspomnienia z podróży znajdziecie TUTAJ). Upał był równie przeraźliwy i momentami na prawdę nie było czym oddychać.

Nasz hotel zlokalizowany nieco poza centrum okazał się być fantastyczny. Zależało nam na fajnym, czystym miejscu z basenem i w Katong Village dostaliśmy to i wiele więcej. Już niebawem obszerna recenzja z naszego pobytu. Do tego stopnia hotel przypadł nam do gustu, że przedłużając pobyt zdecydowaliśmy się zostać w tym samym hotelu, a potem zarezerwowaliśmy noclegi w kolejnym tej samej sieci.

Singapur hotel Katong Village

Ceny w Singapurze:

Mity krążące o niebotycznych cenach w Singapurze zalewają internet codziennie. Nastawiliśmy się na najdroższe 4 dni w naszym życiu. Co tam Paryż, co tam Oslo, przerażał nas Singapur. Na szczęście okazało się, że strach ma wielkie oczy. Ceny w Singapurze są normalne! Nie jest tak tanio jak w Tajlandii czy Malezji ale cenowo Singapur jest bardzo podobny do Polski. Są oczywiście pewne produkty, które są droższe ale jeśli będziemy jeść po azjatycku to nie wydamy wcale tak dużo. Zosia i Wojtek codziennie na śniadanie jedli płatki. Mleko było drogie, kosztowało około 6 złotych za litr. Nie może to dziwić gdyż było sprowadzane z Nowej Zelandii – smakowało za to obłędnie. Płatki też kosztowały więcej niż u nas ale koszt pierwszych 3 śniadań dla dwójki dzieci na 4 poranki ograniczyliśmy do 30 złotych. W skład śniadania weszły płatki Kellogg’s, mleko, mango i banany. Wystarczy zadbać o to, żeby w hotelu mieć lodówkę i już. My na śniadanie jadaliśmy….obiad 😉 Staraliśmy się być elastyczni i po porcji niesamowicie dojrzałych owoców na początek dnia, koło południa zjadaliśmy pyszną zupę z pierożkami, makaron z kurczakiem czy sataye (szaszłyki z kurczaka w marynacie). Koszt jednego takiego dania oscylował między 8-15 złotych ale ja swoim dzieliłam się na pół z zawsze głodnymi dzieciakami – porcje były bardzo duże.

Przeglądając menu niektórych restauracji w Singapurze można odnieść wrażenie, że ceny są z kosmosu. Zapewne tak jest jeśli planujemy się wybrać do gwiazdkowej restauracji albo jednej z wielu znanych i wykwintnych. Warto jednak zdobyć się na odwagę i jeść na ulicy. Jedzenie jest wyborne, a problemów z żołądkiem nie zanotowało żadne z nas.

Singapur przekąski

Co jest drogie?

Najdroższe w Singapurze są przejazdy komunikacją. Średnio płaciliśmy 1,5-2 dolary singapurskie za przejazd od osoby w jedną stronę czyli jakieś 4-6 złotych. Porównując tą cenę z Malezją to czuć przepaść. Jeśli chcecie żyć oszczędniej polecam znaleźć nocleg blisko interesujących nas miejsc. My na przejazdy wydaliśmy na prawdę sporo. Warto też pamiętać, że za bilety płacimy u kierowcy odliczoną kwotę. Jeśli nie mamy drobnych na pewno ktoś w autobusie nam rozmieni – nam nawet raz Pani zafundowała bilet i nie chciała pieniędzy. Za dzieci czasami płaciliśmy, a czasami nie. Wszystko zależało od kierowcy.

Drogie są również płatne atrakcje. Ceny są dość zniechęcające biorąc pod uwagę, że podróżujemy we czwórkę. Ci którzy nas znają i Ci którzy odwiedzają naszego bloga wiedzą jak sobie z tym radzimy: wszędzie szukamy darmowych atrakcji. Niebawem przeczytacie o wszystkich tych, które udało nam się znaleźć w Singapurze, a jest ich na prawdę sporo.

Singapur statek piracki Sentosa

Najdroższe w Singapurze są hotele. To jest na pewno fatalna wiadomość dla wszystkich którzy chcieliby zostać w tym ciekawym państwie-mieście dłużej. Plusy? w hotelach nie płaciliśmy za dzieci. W obu miejscach, w których nocowaliśmy dzieci do 12 roku życia nie płaciły i oprócz dwóch dużych łóżek podwójnych proponowano nam dla dzieci dostawkę w cenie. Ceny za noc za pokój bez śniadania ale w dobrym, czystym hotelu z basenem kształtowały się w granicach: 290-350 złotych za dobę. I mało i dużo. Można oczywiście znaleźć coś tańszego, trzeba szukać i próbować. My z 2 dzieci chcieliśmy mieć komfortowy pokój i za to musieliśmy zapłacić. Warto też wiedzieć, że większość cen w wyszukiwarkach internetowych nie uwzględnia kilku podatków, które przyjdzie nam zapłacić na miejscu. Trzeba się liczyć z dopłatą do ceny pokoju rzędu 15%.

Na czym zaoszczędzić?

Według mnie na atrakcjach. Singapur to niesamowite miejsce, które zostanie w moim sercu jako jedno z tych, w którym na każdym kroku znajdziemy coś za darmo. Mnóstwo placów zabaw, darmowy aquapark, parki w środku miasta, wodne place zabaw, wystawy plenerowe, no i to co najważniejsze: mnóstwo pięknych dzielnic, po których spacerowanie to czysta przyjemność, a przyjemność ta jest całkowicie gratis.

My staraliśmy się też spore odcinki pokonywać pieszo. Momentami było bardzo gorąco i Wojtka trzeba było nosić ale Singapur to taki zielony Dubaj. Co kilkaset metrów, pośród wieżowców znajdziemy enklawy zieleni, mini parki, fontanny, zacienione żaglami miejsca, w których możemy usiąść i odpocząć. Jest też sporo klimatyzowanych centrów handlowych z bardzo rozwiniętym działem gastronomicznym.

Singapur enklawy w mieście

Gumie do żucia mówimy stanowcze NIE

Singapur to miejsce osobliwe. Oprócz tego, że jest nieco droższe niż sąsiedzi, cechuje je zupełnie inna atmosfera niż w Malezji czy Indonezji. Teoretycznie jest też miejscem sterylnie czystym i zadbanym, w którym za żucie gumy balonowej trafimy do więzienia 😉 Oczywiście nieco przesadzam ale nastawialiśmy się na restrykcje i totalny szok po dość zabałaganionym Penangu. I co? I nic 🙂 Warto ograniczyć panikę. Gumę do żucia kupimy w sklepach, w indyjskiej dzielnicy jest mega bajzel na ulicach i pachnie mówiąc dyplomatycznie nieświeżo, a teledysk do piosenki Kultu ze śmierdzącym ropą naftową Bałtykiem w roli głównej można by z powodzeniem nakręcić na „rajskich” plażach Singapuru. Oczywiście, jak na standardy azjatyckie Singapur wygląda jak laboratorium badawcze ale z perspektywy mieszkańca Warszawy szoku nie ma. W Singapurze oczywiście dba się o czystość, w parkach trawa jest elegancko przycięta i na każdym kroku spotkać można sprzątaczy i ogrodników . Natury się jednak nie oszuka – nie raz i nie dwa widzieliśmy jak bezstresowo wyrzucano na trawę kubek po kawie. To co muszę potwierdzić to brak niedopałków na chodnikach. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli więc boicie się sterylności Singapuru – bez obaw – to w dalszym ciągu Azja przez duże A.

Singapur to betonowa dżungla

Znów muszę napisać, że i tak i nie. Z jednej strony jest w tym sporo racji. Singapur to bardzo zurbanizowane państwo-miasto. Pełno tu wieżowców, 50-cio piętrowych hoteli, centrów handlowych i szerokich autostrad w środku miasta. Miasto jednak ma drugie oblicze. Jest zielono, kolorowo, są malownicze plaże i sporo skwerów, mnóstwo nisko zabudowanych dzielnic, małych sklepików i knajpek. To mikstura Nowego Jorku, Dubaju, Kuala Lumpur i pewnie wielu jeszcze innych miast. Singapur czerpie i czerpał z całej okolicy. Tygiel kulturowy i wizualny czuć i widać na każdym kroku: w lokalnej genialnej kuchni, różnorodności zabudowy, kolorach skóry mieszkańców i językach jakimi się posługują. W Dubaju, o którym pisałam już nie raz, a najwięcej >>>TUTAJ<<<  miejskość nieco przytłacza, dusi. Singapur znalazł sposób na idealne zbalansowanie natury z potrzebami miasta.

Singapur dżungla w mieście

Singapur park spacer

Podsumowanie

Łatwo się pewnie zorientować, że nas Singapur zachwycił. To takie miejsce w którym mogłabym od dzisiaj zamieszkać. Nie ma wiele takich krajów, w których czułam się tak bardzo u siebie jak tam. Wyborna kuchnia, przyjaźni ale nienachalni mieszkańcy, piękne budynki i gęsta dżungla na obrzeżach – wszystkie te cechy i różnorodność jaką Singapur oferuje bardzo mnie pociągają. Do tego stopnia, że z zastanawiania się czy warto, przeniosłam się do obozu: chętnie wrócę. Ciekawa jestem waszych wrażeń z Singapuru. Podzielacie mój zachwyt?

Jedna myśl na temat “Singapur – fakty i mity

Dodaj komentarz